Tak, tytułową "rasową ciotą" jestem podobno ja. :D Tak mnie nazwał jeden z facetów. Ale po kolei. W ubiegłe wakacje wymieniałem się mailami z takim jednym Radiowcem. Było przyjemnie do pewnego momentu. Gdy zaczęliśmy umawiać się na spotkanie. Wiadomo, trzeba ustalić datę, czas i miejsce widzenia się. Dwie pierwsze rzeczy poszła jak z płatka. Trzecie, czyli miejsce, sprawiło dosyć spory kłopot. Na tyle, że facet postanowił przestać się odzywać i zakończył korespondencję.
JA
To może widzimy się w rynku?
RADIOWIEC
Wiesz, w sumie ja mieszkam blisko dworca, więc to nie będzie problem, jak tam gdzieś się umówimy. A później pójdziemy do mnie, do mieszkania.
JA
Dzięki za propozycję, oczywiście, możemy spotkać się blisko dworca, jednak nie skorzystam z Twojego zaproszenia do domu.
RADIOWIEC
Daj spokój, będzie fajnie. Kawę zrobię, nie będziemy musieli iść do kawiarni.
JA
Słuchaj, ja mam taki zwyczaj, że nie chodzę na pierwszym spotkaniu do czyjegoś domu, kogoś kogo mało znam. Ja proponuję miłe spotkanie: kawę, spacer, rozmowę.
RADIOWIEC
Zachowujesz się jak rasowa ciota, która się boi nie wiadomo czego. Nie proponuję przecież seksu. Dzięki, ale nie mam ochoty się z Tobą spotkać.
Moja reakcja na jego wiadomość? Taka jak na początku: :D . Niektórych rzeczy nie przeskoczę. Jedna z moich zasad to niespotykanie się na pierwszej randce w obcym mieszkaniu z nie do końca poznanym facetem. Już nie wspominam o głównym punkcie, czyli moim bezpieczeństwie, ale poza tym dom czy mieszkanie to przecież prywatność, jak Anglicy twierdzą "my home is my castle". Trzeba kogoś dobrze poznać, by zwiedzić jego twierdzę i progi. Nie przeskoczę tego, nawet jeśli proponowałby takie spotkanie nie wiadomo jaki mężczyzna. :D